
Kiedy „Studio 2” zaczęło nadawać nie było jeszcze wolnych sobót. Dlatego w sobotę wracało się ze szkoły biegiem, żeby zdążyć na „Kosmos 1999”. I zdanżałeś pan? Tak, na napisy końcowe. Chyba, że nie było ostatniej lekcji, ale jak na złość ta raczej była. Za to teraz odrabiam zaległości.
Okazuje się, że filmy takie jak ten uformowały mój gust w kwestii SF oraz oczekiwania co do przyszłości świata w ogóle. Ma być dość ciemno (bez światła słonecznego), ale spokojnie wręcz nudnawo i kiczowato. Za to za oknem (lukiem, włazem) same kataklizmy. Byle nasza kapsuła z kraja… Nie wiem ile w tym z poetyki Lovecrafta a ile z marzeń Wernera von Brauna. Za tym drugim mogłyby przemawiać niemieckie nazwiska bohaterów „Kosmosu”: Komandor Koenig, Bergman, Steiner. Zwłaszcza Steiner!
Sytuacji wcale nie ratują: Komandor Gorsky, Kano, Tony Verdeschi, Sandra Benes czy Doktor Russell. Czyli: państwa Osi plus własowiec, Czeszka i Irlandka. Wiadomo z kim oni trzymali w czasie wojny…
Wygląda na to, że w połowie lat 70. XX w., kiedy serial powstawał, Brytyjczycy wieszczyli jedną rzecz, która się w jakimś stopniu sprawdziła – opanowanie świata przez Niemcy i ich popleczników. W takiej sytuacji albo Niemcy ich albo oni Niemców, w każdym razie jedni drugich powinni wysłać w kosmos. To dopiero byłaby „dziejowa konieczność” i „ostateczne rozwiązanie”. Co poszło nie tak? Bo jednak coś kiedyś nie pykło, że ćwierć wieku od granicznej daty 1999 ludzkość siedzi na dupie zamiast latać w te i wewte po kosmosie. Z filmów się tego nie dowiemy. Chyba, żeby znów upić Kubricka. Ale to trzeba by się cofnąć w czasie i tu kółko się zamyka…
