Widmo wojny domowej wisiało nad Polską, a szlachta miała coraz bardziej dosyć króla, który zupełnie nie liczył się z jej zdaniem. Wszędzie domagano się zwołania nowego sejmu, który doprowadziłby wreszcie do względnego spokoju w Polsce. August odmawiał jednak prośbom poddanych i ze spokojem czekał na dalszy rozwój sytuacji.

W maju 1549 roku ogłosił uroczyste nadanie oprawy wdowiej Barbarze, której dobra miały na razie znajdować się na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Tymczasem królewska małżonka wysłała listy do matki i brata, aby w tajemnicy dostarczyli jej zioła leczące bezpłodność. Jej matka Barbara Radziwiłłowa bardzo dobrze znała się na ziołach, stad też Barbara miała nadzieję, że efekt będzie szybko widoczny.

W połowie lipca para królewska ponownie bawiła na Wawelu. Na placu obok katedry znajdował się duży piękny zielnik, o który ostatnio dbała Barbara. Dużo różnorakich kwiatów właśnie co zakwitało, stąd też królewska małżonka zachwycała się tym co wyhodowała. August natomiast, chociaż na kwiatkach wcale się nie znał, chodził i przytakiwał Barbarze, będąc pod wrażeniem jej dzieła. Wnet obok nich pojawił się Stańczyk, królewski błazen.

-Jedna królowa piękniejsza od drugiej, tak jak ten kwietnik.

-Błaźnie, przecież ty na kwiatach się nie znasz – zażartował August.

-Znać się nie znam, ale widzę co ładne. A głupszym jest ten kto się nie zna, a udaje, że jest wielkim znawcą. – Tu Barbara z uśmieszkiem popatrzyła na swego męża, domyślając się o co chodziło Stańczykowi. August postanowił więc szybko się odegrać.

-Powiedz mi błaźnie, wielu ty już głupców równych sobie znalazłeś? – Odpowiedź jednak Stańczyka zdenerwowała króla jeszcze bardziej.

-Co dzień ich spisuję. Przedwczoraj zapisałem Zygmunta Augusta.

-A mnie za co? – pytał zdziwiony Jagiellon.

-Za to, że dałeś panie Lismaninowi tyle pieniędzy i wyprawiłeś go za granicę.

-Lismanin zakupi mi książki, to wróci do Krakowa.

-Jeśli Lismanin powróci, to ciebie panie wykreślę, a jego zapiszę. – Na te słowa Barbara roześmiała się w głos.

-Skoro taki jesteś mądry to mi powiedz co dostrzegłeś w tych kwiatkach?

-Dostrzegłem dwóch posłów od króla Ferdynanda – oznajmił wesoło błazen. W tej samej chwili król i jego małżonka spostrzegli dwóch mężczyzn ubranych na modłę hiszpańską, którzy nieśmiało zbliżali się w ich stronę.

-Piękny to widok widzieć wasze królewskie moście między tymi kwiatami – przypochlebiał się jeden z posłów. Wtedy obok niego pojawił się błazen, który zbliżał się powoli do Augusta i zaczął się głupio uśmiechać.

-Odejdź stąd – skarcił go król i chciał go odepchnąć.

-Uważaj panie, bo zniszczysz kwiaty – bronił się Stańczyk i usunął się na bok. Wtedy August podał dłoń Barbarze i prowadził ją wzdłuż alejki do wyjścia z zielnika.

-Panowie już wypoczęli po podróży? – zapytała królewska małżonka. Wówczas jeden z nich odpowiedział, gdyż drugi zawstydzony spojrzeniem Barbary spuścił głowę na dół.

-Tak, miłościwa pani. Czekamy na posłuchanie.

-Tak jak wam powiedziano, przyjmę was panowie wieczorem – przypomniał król i prowadził Barbarę wprost na wawelski dziedziniec.

-Widać, że król za nią przepada – zauważył pierwszy z posłów habsburskich.

-W porównaniu z tą Litewką, nasza świętej pamięci królowa Elżbieta miała utrzymanie nie lepsze od sługi – przemówił drugi z posłów, bardziej obyty w misjach dyplomatycznych

-Gdyby nie była taka strachliwa i umiała przypodobać się królowi, to lepiej by jej było w małżeństwie – wtrącił Stańczyk, który niespodziewanie pojawił się obok posłów. Następnie błazen pobiegł w stronę pary królewskiej, aby ją jeszcze rozśmieszyć. Dobiegł Barbarę i Augusta, gdy byli już na dziedzińcu zamkowym. Na niskich krużgankach stał Lasota, który był wyraźnie zadowolony.

-Co ci tak wesoło, Lasota? Dostałeś spadek czy może skarb znalazłeś? – zażartował król.

-Skarb to ty panie znalazłeś, a mnie jest wesoło z innej przyczyny – i po tych słowach kiwnął ręką na duchownego. Widząc go August roześmiał się na przymus.

-A kogóż my tu widzimy? Sam ksiądz Orzechowski do nas przybył. Pewnie z jakimś wierszem? – zakpił August. Orzechowski nie bacząc na słowa króla ukląkł przed nim i zaczął prosić błagalnym głosem.

-Najmiłościwszy panie – zaczął duchowny, który popatrzył na Barbarę i szybko się poprawił. – I ty miłościwa pani. Błagam o posłuchanie.

-Co chcesz nam powiedzieć ciekawego, bo jeśli to coś z polityką związane, to nie zawracaj mi głowy!

-Wasze królewskie moście, wiem, że jestem złym i niegodnym człowiekiem, ale błagam o pomoc dla drugiego człowieka i to duchownego, którego niesprawiedliwość i bieda spotkała.

-Was duchownych dopadła bieda? – zakpił Jagiellon.

-A kiedy oni nie narzekali – wtrąciła Barbara.

-Powstań księże i mów o co chodzi, bo idziemy na posiłek.

-Nie zajmę więcej niż jeden pacierz – rzekł Orzechowski i powstawszy z klęczek przeszedł do rzeczy. – Ksiądz biskup krakowski uwięził księdza Walentego z Krzczanowa, a przecież nie przystoi, aby duchowny więził duchownego.

-Przecież wy macie swoje sądy – odparł mu szybko król, po czym zwrócił się do stojącego obok sekretarza. – Lasota słyszałeś o tym księdzu Walentym?

-Słyszałem, tak jako i ty panie słyszałeś. To ten ksiądz, który niedawno ku wielkiemu zgorszeniu się ożenił.

-Samem mu dawałem ślub – wtrącił Orzechowski – bo to dobry ksiądz.

-Doprawdy musi być dobry, skoro się ożenił – zakpił ponownie August i zwrócił się do Barbary. – Mnie nie dają się żenić, a sami się żenią.

-Miłościwy panie wstaw się za nim, bo inaczej inni mogą być uwięzieni.

-To ilu jeszcze jest takich?

-Na razie tylko jeden, ale ja mogę być drugi, bo w przeszłą niedzielę zaręczyłem się z Zofią Straszówną, dwórką żony wojewody krakowskiego Kmity.

-Jak śmiesz przychodzić do mnie i do mojej małżonki, którą tak niemiłosiernie oczerniałeś! – przypomniał mu Jagiellon.

-Miłościwy panie, przecież ja nic nie mówiłem – bronił się Orzechowski.

-Ale napisałeś księże dwie mowy przeciwko memu małżeństwu i to podobno atramentem pomieszanym ze łzami. – Tu uśmiechnął się szyderczo do duchownego i dodał. – Zatem dolej jeszcze więcej łez do atramentu i napisz panegiryk, albo najlepiej dziesięć panegiryków do biskupa Maciejowskiego, to może cię wysłucha i wypuści tego żeniaca Walentego.

-Miłościwy panie – mówił prawie płacząc. – Walenty to poczciwy ksiądz.

-Macie swoje sądy kościelne i ja się do waszych spraw mieszać nie będę. A ty księże Orzechowski lepiej pilnuj narzeczonej, żeby jej czasem wojewoda krakowski nie wydał za innego.

-Szydzisz panie ze mnie.

-Szydzę, tak samo jak ty księże szydziłeś ze mnie wcześniej – odciął się August. Po tych słowach Orzechowski rzucił się do nóg Barbary.

-Miłościwa pani, nie opuszczaj potrzebującego w nieszczęściu.

-Co ja mogę zrobić, skoro nie jestem królową, tym bardziej, że w tym kraju zdanie samego króla przestaje się liczyć. – Następnie ominęła go i krótko dodała. – Ksiądz biskup Maciejowski to mądry i dobry człowiek. Pomów z nim księże, to może cię wysłucha. – Po tych słowach August z Barbarą skierowali swe kroki w stronę wejścia, nie zważając na błagalne słowa Orzechowskiego.

-Dobrze mu powiedziałaś, Barbaro – po czym zwrócił się do swego sekretarza idącego za nim. – Nawet ten do nas przyszedł. To dobry to znak Lasota.

-Przydało by się, żeby takich księży było więcej, to wtedy na sejmie daliby ci panie spokój.

-Będzie ich więcej, tak jak w Niemczech. Widać, że reformacja zawitała do nas na dobre. – Tu popatrzył na Barbarę i postanowił pozbyć się swego sekretarza. – Lasota idź i zobacz czy wszystko przygotowane, a my tu poczekamy na ciebie. – Następnie August spojrzał prosto w oczy swej żonie i wesoło oznajmił. – Jeszcze nie jesteś królową, a już mną rządzisz. Strach pomyśleć co będzie po koronacji.

-Ja na twoim miejscu już bym się bała. Zobaczysz, że będziesz mnie musiał nosić na rękach. – W tym samym momencie August pochwycił ją na ręce i niósł wprost do jadalni.

-Auguście, co robisz? Przecież dworzanie zobaczą?

-Niech patrzą jak bardzo cię miłuję – i niósł ją dalej.

***

-I cóż wy na to panowie? – rzekł z dumą Jagiellon. Na to zachwycony kanclerz Maciejowski odrzekł.

-Doprawdy piękne to dzieło.

-Nazywają je arrasami – objaśnił August.

-A gdzie je panie zakupiłeś? – dopytywał się hetman Tarnowski.

-We Flandrii. Na razie zakupiłem tylko dwa, bo bardzo są drogie, ale niebawem myślę zamówić kolejne. – Oprócz dygnitarzy w te przepiękne gobeliny wpatrywał się także Lasota. Jeden z arrasów przestawiał Adama i Ewę wygnanych z raju, a na drugim widać było arkę Noego.

-To teraz takie cuda potrafią robić! – rzekł sekretarz i aż pokiwał głową z zachwytu. – Gdyby tak zapełnił tymi arrasami inne sale wawelskie to w całej Europie nie byłoby drugiej takiej rezydencji monarszej.

-Cóż ty mówisz panie sekretarzu? – zaprotestował Tarnowski. – Mało to okazalszych rezydencji w Europie! – Lasota nie dawał jednak za wygrane i upierał się przy swoim.

-Gdy przed trzema laty objeżdżałem dwory europejskie w poszukiwaniu małżonki dla naszego króla – i tu spojrzał na Augusta – to miałem okazję porównać dwory monarchów. Moim zdaniem, daleko królowi Francji do naszego króla, jeśliby porównać ich siedziby. Tu u nas na Wawelu jest porządek i wszędzie jest czysto, a tam we Francji król mało co w Luwrze siedzi, bo gdy już nabrudzą i nasmrodzą, to wtedy odjeżdża do innego zamku, gdzie jest czyściej. Na Wawelu są większe wygody niż tam.

-Ja się z tym nie zgadzam – obstawał przy swoim Tarnowski.

-Czasem chwali się cudze, chociaż się tego nie widziało – zaśmiał się Maciejowski. Teraz jednak oparty o okno król przerwał tę rozmowę.

-Wezwałem was tu panowie nie tylko po to, aby pokazać wam te dzieła, ale chcę was zapytać o radę. – Wówczas tamci przestali już spoglądać na arrasy i patrzyli na króla. – Ksiądz biskup chełmiński Hozjusz podpisał traktat przyjaźni z królem Czech i Węgier Ferdynandem, który lada dzień ma potwierdzić cesarz Karol. Z tego też powodu wczoraj do Krakowa przybyli posłowie króla Ferdynanda.

-Dobre to wieści panie, bo dzięki temu ziemie księcia Albrechta będą bezpieczne – wtrącił hetman Tarnowski.

-Tylko, że wtedy twoja panie siostra Izabela zostanie bez naszej pomocy, chociaż uzyskała poparcie panów węgierskich.

-Nie było wyjścia księże kanclerzu! Zostawiam siostrę samą, ale przecież ma poparcie sułtana Sulejmana, a dzięki temu krzywda jej się nie stanie.

-Boję się tylko panie, że przez zawarcie przymierza z królem Ferdynandem możemy rozgniewać sułtana. Jeszcze, uchowaj Boże, wojnę z nami zacznie, której ledwie co uniknęliśmy.

-Nie wywołuj wilka z lasu, księże kanclerzu – stwierdził Tarnowski. Wtedy też ponownie włączył się król.

-Masz rację księże kanclerzu, ale przecież nie sprzymierzyłem się z królem Ferdynandem przeciwko Turkom, tylko dla wzajemnej pomocy przeciwko poddanym.

-Do czego to doszło – westchnął Maciejowski.

-Nigdy nie myślałem, że będę zabiegał o pomoc zbrojną przeciwko własnym poddanym, ale przecież oni grożą mi rokoszem, a od ostatniego minęło tylko dwanaście lat.

-Trzeba to wszystko uspokoić, bo inaczej będziemy tonąć we własnej krwi – stwierdził Tarnowski, który dostrzegł przerażenie w oczach Maciejowskiego.

-Można by panie rozpuścić wieści, że w twoich dobrach stoi kilka tysięcy hiszpańskiej piechoty króla Ferdynanda. To ostudzi gorące głowy opornych – zaproponował królewski sekretarz.

-Dobra myśl, Lasota. Dobra myśl – i poklepał go po ramieniu. – Za tydzień przede mną na sądzie ma stanąć Stadnicki. Jednak co gorsze mają z nim przybyć wielcy panowie ze swoją świtą, Górka, Kmita i Tęczyński.

-To niczym dobrym nie pachnie – zaczął Tarnowski.

-Nie było innego wyjścia, bo Stadnicki nie stawił się na rokach sądowych w Lelowie twierdząc, że sądy nie mogą się odbywać, skoro nie potwierdziłem praw koronnych – przypomniał Jagiellon. – Musiałem go wezwać przed swój sąd za obrazę majestatu, bo już inni zaczęli odmawiać przybycia na sądy.

-Skoro tak się stało, a tamci chcą tu tłumnie przybyć, to powinieneś panie odłożyć ten sąd na początek sierpnia. A gdy już Stadnicki się tu pojawi, to dobrze było by wybaczyć mu panie, a wtedy inni też się uspokoją – zaproponował Tarnowski.

-To dobra rada. A co do diabła Stadnickiego, to wczoraj otrzymałem list od kasztelana kaliskiego Zborowskiego, który jest teściem tego buntownika i ten prosi mnie, abym pomógł ułagodzić całą tę sprawę – oznajmił Maciejowski czym ucieszył króla.

-Zatem zrobię, jak radzicie, panowie. Odkładając sąd pokażę im, że niczego się nie boję, a żeby jeszcze bardziej ostudzić ich zapał zaplanowałem na początek września hołd, który ma mi złożyć poseł księcia Filipa i …. – Tu Augusta zawiodła pamięć wiec szybko zwrócił się do swego sekretarza. – Lasota, jak jest temu drugiemu?

-Barnim.

-Właśnie, Filipa i Barnima z ziemi lęborskiej i bytowskiej. Ich hołd podniesie nieco nadszarpnięta powagę królewską i doda nowego blasku mojej koronie. I niech się tak dzieje – oznajmił, po czym zadowolony z siebie zaproponował. – A teraz chodźmy panowie napić się wina, bo dzień jest gorący i chce się pić.

-Tym bardziej, gdy wiadomo jak dobre wino znajduje się w królewskich piwnicach – zażartował Tarnowski wychodząc z sali.

Po dłuższej chwili Jagiellon wraz z dygnitarzami i swoim zaufanym sekretarzem delektowali się winem, a ich twarze same się uśmiechały.

-Przyznacie panowie, że dobre winko? – zapytał August.

-Zacny trunek, oj zacny – poparł Tarnowski.

-Powiedz mi księże kanclerzu, dlaczego tego Stadnickiego nazywają diabłem? – zapytał król.

-Różnie o nim mówią, ale poza tym co robi po kryjomu, to jeszcze otwarcie mówi: „Bogu służ, a diabła nie gniewaj” – i po tych słowach szybko się przeżegnał. Wówczas podpity już hetman Tarnowski uśmiechnął się i oznajmił.

-Księże kanclerzu, chyba dam na mszę.

-A w jakiej intencji? – zapytał Maciejowski.

-Dam na mszę o skrócenie mojej męki małżeńskiej – i wszyscy wybuchli śmiechem, a przez kolejne minuty dobry humor ich nie opuszczał.