Czy zdarzyło się wam kiedyś zanurzyć w lekturę, która bardziej przypomina podróż do innego wymiaru niż klasyczne czytanie? Książkę, która nie próbuje wam niczego wytłumaczyć, niczego logicznie uargumentować, lecz zaprasza do snu na jawie — w świat, gdzie granice między realnym a wyobrażonym zacierają się do niepoznaki? Tak właśnie było ze mną i Miejscem na rzeczywistość Marty Zelwan.


Autorka — znana także jako Krystyna Sakowicz — napisała dzieło, które nie da się ująć w ramy typowej powieści czy reportażu. To narracja — słowo klucz — które oddaje charakter tej werbalnej wędrówki. To miejsce, które istnieje gdzieś poza czasem i przestrzenią, wykute z śniciny i pisma, które trzeba odnaleźć lub stworzyć samemu. Nie mogę zdradzić więcej, bo jak mówi sama Marta, tajemnica tej książki wyślizguje się z rąk dopiero na końcu.

I tu pojawia się pytanie: dlaczego tak ważne jest, byśmy dziś sięgali po takie teksty? W świecie przesyconym natłokiem informacji, pośpiechem i powierzchownymi relacjami, coraz trudniej nam zanurzyć się w coś, co wymaga od nas innego rodzaju obecności. A Miejsce na rzeczywistość domaga się tego — wymaga, by na chwilę odłożyć na bok zdroworozsądkowe schematy, by odrzucić nawyk natychmiastowego rozumienia i oceny, by pozwolić sobie na nieznane, na niejednoznaczność i tajemnicę.

Współczesność przepełniona jest lękiem — przed utratą kontroli, przed samotnością, przed tym, że nie nadążymy za zmianami. W tej fali niepokoju łatwo zatracić się w konsumpcji, w byciu „tu i teraz” bez refleksji, w powierzchowności kontaktów i wirtualności relacji. I właśnie tu Miejsce na rzeczywistość wchodzi jak świeży powiew — jak przypomnienie, że istnieją głębsze poziomy świadomości, że śnienie to nie tylko nocne widzenie, ale także sposób bycia, myślenia i odczuwania w codzienności.

Ta książka jest zaproszeniem do odnalezienia swojego „miejsca” — przestrzeni, w której możemy na nowo osadzić siebie, swoje emocje i wyobraźnię, nie bojąc się nieporządku i chaosu. To wyzwanie, by na moment odpuścić potrzebę ciągłej kontroli i racjonalności, a zamiast tego pozwolić sobie na otwartość wobec tego, co nieuchwytne i piękne.

Dla mnie lektura Miejsca na rzeczywistość była jak zanurzenie w ocean — trochę przerażające, ale też niesamowicie oczyszczające. W świecie, w którym coraz częściej zapominamy, jak ważnym jest marzyć, snuć opowieści i rozmawiać z samym sobą, ta książka stała się dla mnie rodzajem balsamu i wyzwaniem zarazem.

Jeśli macie ochotę na coś innego niż schematyczne, „bezpieczne” czytanie — spróbujcie wybrać się w tę podróż. Nie obiecuję, że od razu zrozumiecie wszystko, ale gwarantuję, że nie wyjdziecie z niej tacy sami. I może właśnie to jest dziś największa wartość — zdolność do przemiany, do wstrząsu, do odważnego spotkania z własną wyobraźnią i emocjami, które często chowamy pod powierzchnią codzienności.

 

Marta Zelwan – „Miejsce na rzeczywistość”, piw, Warszawa 2020, str. 143