
Zdobywając dwa medale na igrzyskach, Kacper Tomasiak powtórzył osiągnięcie wielkiego Adama Małysza sprzed dwudziestu czterech lat (z tym, że Orzeł z Wisły był w Salt Lake City srebrny na dużej skoczni, a brązowy na średniej). Młody zawodnik zadziwił świat skoków, zachwycił całą Polskę.
Drugie miejsce w poniedziałek było sensacją, ale nimi nierzadko stoją konkursy na średniej skoczni. Wystarczy spojrzeć na sylwetkę mistrza: Phillip Raimund to solidny zawodnik, wyjątkowo dobry tej zimy, ale jeszcze nigdy nie wygrał konkursu Pucharu Świata. Po medal sięgnął również doświadczony Gregor Deschwanden, który akurat ma najsłabszy sezon od kilku lat.
Co innego duże obiekty, na których odbywa się większość konkursów. Tutaj jawiła się szeroka paleta kandydatów: będący w bombowej formie Domen Prevc, odbudowujący drużynową potęgę Japończycy, mający od lat „kłopot” bogactwa Austriacy, czy czający się w cieniu Niemcy. I tutaj w dużo mniejszym stopniu decyduje przypadek. A jednak Tomasiak dał radę! Znowu atakował z czwartego miejsca po pierwszej serii – drugi raz udanie!
Czy to na pewno jest sensacja?
Niespodzianka z pewnością. Kacper Tomasiak to absolutny debiutant w Pucharze Świata. On nadal otrzaskuje się ze skoczniami, z najwyższym poziomem, ze startującymi obok niego legendami dyscypliny: powoli gasnącymi (Stoch, Ammann) i nadal faworytami (Kraft, Kobayashi). On nawet do tego sezonu nie przygotowywał się z podstawową kadrą Polski (tym większe brawa należą się trenerowi naszego zaplecza, Wojciechowi Toporowi)!
Z drugiej strony Kacper ten wynik skrupulatnie zbudował. Od początku sezonu jest bardzo regularny. Plasuje się w czołowej dziesiątce konkursów lub kręci się w jej okolicach. Jego słabsze próby można policzyć na palcach jednej ręki. W zasadzie wziął pogrążone w kryzysie polskie skoki na swoje plecy. Jest również umiejętnie zarządzany, bo okazuje się, że nie zabranie go na mistrzostwa świata w lotach narciarskich pomogło w dobrym przygotowaniu do najważniejszej imprezy. Po prostu Kacpra nie zajechano.
Zatem: wyskoczył diabeł z pudełka, ale ciężką robotą osiągnął niezakładany, ale zasłużony cel.
W jednej z telewizyjnych powtórek drugiego skoku Tomasiaka mogliśmy zobaczyć wielkiego Kamila Stocha, który najpierw z ulgą przyjął próbę młodszego kolegi, a potem z radością mu pogratulował. Trzykrotny mistrz olimpijski kończy karierę. Świeżo upieczony medalista ma niemal całą karierę, by powtórzyć osiągnięcie drugiego wielkiego mistrza. Sztafeta Małysz-Stoch-Tomasiak?
A zdjęcia, na których widzimy skoczka ubranego w albę, z trybularzem w ręce podczas procesji sprawiają, że starego ministranta te sukcesy cieszą szczególnie.
