Lubię ostatnią płytę prawdziwego TSA. Od pierwszych dźwięków wiadomo, z kim mamy do czynienia (Adam Świć: „Nikt nie miał tak wyrazistego, swoistego, konsekwentnego brzmienia jak TSA. Nie tylko w Polsce.”). Tutaj nie ma piosenek na odwal, ale dopracowane mocne kompozycje. Jedną z nich jest poniższy utwór.

A to wszystko składa się na najlepszą (obok „2004” Dżemu) spośród płyt nagranych w XXI wieku przez największe polskie zespoły.

Początek to klimatyczny akustyk Stefana Machela, który piosence towarzyszy również w dalszym jej ciągu. Zaraz dołącza Andrzej Nowak ze swoją łkającą gitarą (widzę go oczami wyobraźni, kiedy on akurat swoje ma zamknięte i wczuwa się w każdą wygrywaną nutę…). A potem jest tak charakterystyczne dla TSA pieprznięcie.

Marek Piekarczyk jest spokojny, bo tak tutaj trzeba. A w środkowej części dołącza wrzask, bo tak tutaj trzeba. Pojawia się nawet bardzo rzadka w TSA harmonijka. Końcowa część to już kanonada dźwięków, które na myśl przywołują mi zespół Budgie.

Świetna, ciężka ballada.