
Na wiadomości z Piotrkowa oprócz Barbary czekała z niecierpliwością królowa Bona. Dla niej była to rozgrywka, która miała zadecydować o jej przyszłości. Wdowa po Zygmuncie Starym wiedziała, że albo utrzyma władzę w Polsce albo będzie musiała z niej zrezygnować zupełnie.
Po uroczystym pochówku swego małżonka w kaplicy wawelskiej królowa wdowa wyruszyła niezwłocznie na Mazowsze, gdzie znajdowała się jej oprawa. Rezydowała w dawnej siedzibie książąt mazowieckich w Warszawie, która pół wieku później miała zostać stolicą Rzeczypospolitej. Opuszczając Wawel Bona liczyła, że jeszcze do niego powróci.
Jesienią 1548 roku gońcy stale krążyli między Piotrkowem a Warszawą przywożąc coraz to nowe wieści z przebiegu sejmu. Bona za każdym razem żywo reagowała, ale zdarzały się i takie chwile, kiedy odrywała się od polityki i intryg, aby zażyć wypoczynku. Pewnego dnia Bona siedziała w towarzystwie swoich córek, Anny i Katarzyny i słuchała żartów jednego ze swoich dworzan, Andrzeja Listka. Był to średniego wzrostu mężczyzna wyróżniający się długimi kręconymi włosami, a nadto licznymi bliznami na twarzy.
-Pani – zaczął kolejną już zagadkę Listek – jaka to dla chłopców żywa i gorąca wanna? – Wszystkie trzy kobiety w skupieniu myślały nad odpowiedzią, ale wobec przedłużającej się ciszy Listek zakończył z triumfem. – Panna! – Bona roześmiała się głośno, a jej córki wstydliwie spuściły głowy i siedziały z posępnymi minami. Widząc to Listek od razu zwrócił się do nich.
-Miłościwe panie! Co sprawia, że w zimie dziewczyna nie dba o piec? – Królewny jednak uparcie milczały. – Chłopiec! – dopowiedział Listek, a wówczas Bona znowu wybuchła głośnym śmiechem.
-Oj Listek, Listek. Gorszysz mi córki tymi zagadkami – skarciła go Bona. Listek jednak ośmielony jej dobrym humorem kontynuował zabawę.
-Miłościwa pani, czy wiesz, kto nigdy prawdy nie może dociec?
-Ojciec? – zapytała z udaną niepewnością Bona.
-Tak, pani. Brawo! – i z uciechy klasnął w dłonie. Bona zadowolona z siebie śmiała się w głos, ale po chwili ponownie skarciła swego dworzanina.
-Sprośne zadajesz pytania, Listek.
-Czy mam zatem kończyć zagadki? – zapytał z łobuzerskim uśmieszkiem.
-Nie. Jeszce nie! – zaprzeczyła Bona uśmiechając się do dworzanina. – Tylko niech te zagadki będą bardziej przyzwoite.
-Zatem wyrecytuję pani króciutki wiersz – i zaczął deklamować w charakterystyczny dla siebie sposób.
„Skarżyła się przy spowiedzi małżonka na męża,
że na nią co noc pięciokroć dobywa miłości oręża.
Ksiądz zadał pokutę i odrzekł na te amory.
Tylko pięć razy? To znak, że małżonek jest chory”.
Tu Bona znów zaczęła się śmiać w głos, ale ku jej zaskoczeniu chichotały także jej córki.
-A wy z czego tak się śmiejecie?
-Bo, pani matko – zaczęła niepewnie Anna. – Bo zamiast iść do medyka, to poszła do księdza – i znów zachichotała. Bona pokiwała tylko głową i zwróciła się do swego dworzanina
-Powiedz coś jeszcze, Listek.
-Jestem do usług, miłościwa pani – odparł ochoczo i uśmiechając się zaczął głosić nowy wiersz.
„Jeden zakonnik u świętej spowiednicy.
Bardzo był chciwy tajemnic mężatek.
Zapytał niewiastę, jak często w łożnicy.
Mąż jej wypłaca małżeński podatek.
„Dwa razy przez noc”, odrzekła mu żonka.
Na to zakonnik: „Partacz z twego małżonka”.
Gdy tylko Listek skłonił się przed królową Boną, ta znów śmiała się w głos, a na koniec oznajmiła.
-Trzeba się będzie z tego wyspowiadać, ale nic to. Mów dalej Listek. – W tej samej chwili stanął przed królową jej pokojowiec i niepewnym głosem oznajmił.
-Miłościwa pani, przybył twój sługa Piotr i prosi o posłuchanie. – Bona szybko spoważniała i przybierając surową minę poleciła.
-Niech czeka na mnie w kaplicy. Zaraz tam przyjdę. – Następnie zwróciła się do uśmiechniętego Listka. – Rozbawiłeś mnie wielce i każę ci wypłacić nagrodę. Ale zanim to nastąpi pójdziesz do mojego spowiednika i wyspowiadasz się z tego, coś tu naopowiadał. – Dworzanin skłonił się nisko i odszedł, a przy tym stracił dobry humor, gdyż nie lubił się spowiadać.
-Pani matko – odezwała się Anna. –Czy mamy pójść z tobą do kaplicy?
-Lepiej tu odmówcie modlitwę. I pomódlcie się w waszej intencji, żeby ktoś wreszcie przyjechał w konkury.
***
Wnętrze kaplicy zamkowej oświetlone było wieloma świecami. Bona szybko przemierzyła pomieszczenie i stanęła pośrodku, tuż przy ołtarzu, gdzie ustawiony był jej klęcznik.
-Starzejesz się Kudłacz. Szybo się starzejesz – zagadnęła do czekającego na nią starego sługę.
-Za to ty miłościwa pani młodniejesz – odparł z szyderstwem w głosie, ale dość cicho.
-Co mówiłeś, bo nie dosłyszałam? – zapytała Bona.
-Masz rację, pani.
-Liczyłam na ciebie, a ty ostatnio cały czas zawodzisz – i rzuciła mu złowrogie spojrzenie. – Kiedyś wszystko ci się udawało, a ostatnio nic ci nie wychodzi. Za co ja ci płacę?
-Miłościwa pani, ta niewiasta musi mieć spółkę z diabłem. Inaczej być nie może! W Dubinkach komnata się zawaliła, mnie zasypało, a ona zdołała uciec. A teraz w Korczynie jej dwie dworki, które cały czas przy niej usługują, zachorowały na czarną ospę, a ona nie.
-Co za cholera! – zdenerwowała się Bona, lecz w tym samym momencie zdała sobie sprawę z tego, że jest w kaplicy. Spojrzawszy na krzyż szybko dodała. – Panie, wybacz mnie grzesznej te słowa. – Następnie skłoniła głowę przed krzyżem i odwróciła się do Kudłacza. – Miałam nadzieję, że się uda, ale to przez to, że słabo się starałeś.
-Starałem się pani i to bardzo się starałem. Sam zachodzę w głowę, że ta Litewka nie zachorowała, bo takie rzeczy robiłem, że każdy na jej miejscu by zachorował.
-I znowu nic! – westchnęła Bona i spojrzała na sufit kaplicy.
-To dlatego, że ta Litewka ma spółkę z diabłem. Inaczej być nie może. To czarownica! – i szybko się przeżegnał.
-Przecie ty też znasz się na czarach! Dlaczego nie możesz jej przemóc? – dociekała Bona, ale Kudłacz milczał. – Nic to. Wytrwali mawiają, że do trzech razy sztuka. Odczekamy trochę i jeszcze raz spróbujemy.
-Co tylko zechcesz, pani. To co mam uczynić?
-Teraz jeszcze nie wiem, ale coś wymyślę. A teraz Kudłacz żałuj za grzechy, bo zawiodłeś swoją królową – i przeżegnawszy się powstała z klęcznika. Kudłacz zaś klęcząc pod bacznym wzrokiem Bony próbował odmówić jakąś modlitwę, tyle tylko, że już dawno się nie modlił i trudno mu było przypomnieć sobie cokolwiek.
***
Gruba warstwa śniegu przykryła zamek warszawski i całą okolicę. Wzdłuż wydeptanej ścieżki dreptały dwie królewny, Anna i Katarzyna, a w znacznej od nich odległości szedł ochmistrz Ocieski z królową Boną.
-Z czego tak się cieszysz ochmistrzu? – zapytała Bona widząc niezmierną radość na jego twarzy.
-Cieszę się z życia, gdy zima taka piękna.
-Gdybyś waszmość tak postał dzień na dworze, to wtedy byś się nie cieszył – zadrwiła.
-Znane są słowa świętego Idziego, ciesz się z życia, gdy nie masz z czego.
-Niech ci będzie ochmistrzu – zgodziła się Bona i po paru krokach zagadnęła do Ocieskiego. – Doniesiono mi o wszystkim, co działo się w Piotrkowie. Wojewoda Tęczyński i inni senatorowie dokładnie mi o wszystkim pisali.
-Zatem nie ma potrzeby, abym powtarzał.
-Jest potrzeba ochmistrzu – zdenerwowała się Bona – bo wiem jak się na tym sejmie sprawowałeś waszmość i wiem, że nie mówiłeś za dużo!
-Kto mało mówi, ma mało wrogów.
-Myślałam ochmistrzu, że będziesz bardziej ganił królewskie małżeństwo, a ty siedziałeś cicho jako mysz pod miotłą.
-A cóż miałem mówić, pani? Mówiłem, że król powinien oglądać się na to, czy małżeństwo przyniesie pożytek królestwu, czy też nie? A skoro król nie myśli zmieniać zdania, to co na to poradzić – westchnął Ocieski.
-Może nie myśli, ale zmieni swoje zdanie! – rzekła z właściwym jej uporem.
-Z racji swego urzędu wotowałem na sam koniec, a co ważniejsze, wszyscy wiedzą, że jestem ochmistrzem waszej królewskiej mości. A jakie jest twoje pani zdanie w tej sprawie, to wszystkim w Polszcze wiadomo.
-Wiadomo, wiadomo – skrzywiła się Bona – ale mogłeś ochmistrzu dodać parę słów od siebie.
-Nic by to nie zmieniło, pani. A przez to małżeństwo cały sejm poszedł na marne, jakby nie było o czym mówić, tylko o jakiej niewieście, która poślubiła nocą króla – zadrwił na koniec. – Ale tak to jest w naszej Rzeczypospolitej, że rozprawia się o niepotrzebnych rzeczach, a te ważne czekają na zmiłowanie pańskie.
-Wedle ciebie ochmistrzu, to niepotrzebna rzecz? Nie oburza cię to, że król ożenił się z poddanką?
-Wiele razy tak bywało.
-To było kiedyś, a teraz nie przystoi, aby władca Polski i Litwy zrodzony z italijskiej księżniczki żenił się z pierwszą lepszą dziewką!
-Dziękujmy Bogu za to, że nasz król nie ożenił się z pierwszą lepszą dziewką. Radziwiłłówna jeszcze nie jest najgorsza.
-A może jest wspaniała? – oburzyła się Bona. – Nie wiem doprawdy, czy ty ochmistrzu chwalisz to małżeństwo czy je ganisz?
-Nie chwalę pani, ale skoro zostało zawarte, a król nie chce go zerwać, to czas się z tym pogodzić.
-Nigdy się z tym nie pogodzę. Nigdy! Sejm tego małżeństwa jeszcze nie uznał, a o koronację nawet mój syn nie zabiega, bo wie, że nikt się na to nie zgodzi.
-Na razie król nie zabiega, ale w niedługim czasie zacznie zabiegać – odparł ze spokojem Ocieski.
-Niedługo się przekona kto tu rządzi i tylko się ośmieszy, gdy będzie musiał oddalić tę Litewkę – i mocno zacisnęła wargi. – Sam widziałeś ochmistrzu jak senatorowie i posłowie oponowali przeciwko Radziwiłłównie, tylko ty nic nie mówiłeś!
-Inni powiedzieli tak dużo i to takich głupot, że nie chciało się tego słuchać. W Piotrkowie zachodziłem w głowę, że pierwsi panowie Korony Polskiej takie głupoty mówią.
-Jakie głupoty? – podniosła głos Bona. – W dobrej sprawie mówią i słusznie.
-Słusznie – powtórzył Ocieski i z ironią spojrzał na królową. – Wojewoda Tęczyński rzekł, że woli sułtana oglądać na Wawelu niźli ją. Czy ty miłościwa pani też tak myślisz?
-Złość go poniosła i tyle – skwitowała Bona.
-A prymas Dzierzgowski chciał grzech królewski rozdzielać na wszystkich! Niektórzy tyle mają swoich grzechów, że im piekło pisane, a jeszcze będą brali za króla. – Bona milczała jednak, zaś Ocieski wyliczał dalej. – Nic nie załatwiono, a zewsząd pachnie wojną. Cesarz Karol chce najeżdżać na księcia pruskiego, a sułtan turecki nie przysłał posła z pokojem. Dopiero, gdy będzie źle, to wtedy będzie płacz. Mawiał święty Innocenty, że jak trwoga, to do Boga.
-Nie wiem co się stało z moim synem? Co mu zadała ta Litewka, że gotów jest z korony rezygnować? Dla takiej Litewki, która nic nie miała oprócz sukni na sobie, bo gdybym jej nie zostawiła dóbr po mężu Gasztołdzie, to nic by nie miała. Na Boga, zgłupiał dla niej! – zawołała z wściekłością. – A jego siostry? – i wskazała na idące przodem córki – które z królewskiego rodu się wywodzą, i które znaczne posagi mieć będą, są starymi pannami. O nie, nikt się nie stara. – Ocieski jednak milczał i czekał przez chwilę, aż królowej nieco przejdzie złość.
-Był przecież książę Albrecht i jego bratanek.
-Co to za kandydaci! – zadrwiła Bona. – Takich zawsze się znajdzie, tym bardziej, że to odszczepieńcy, więc nie ma o czym mówić.
-Miłościwa pani – uśmiechnął się Ocieski – czy w młodości, gdy Amor ustrzelił cię strzałą, to nie zapomniałaś pani o całym świecie?
-Mogłoby we mnie stu Amorów strzelać i nic by to nie dało, bo jeśli ktoś jest z królewskiego rodu, to wie kogo należy miłować.
-Przecież twój syn pani, jest z królewskiego rodu! – Zauważył Ocieski.
-Ledwie co przyjechałeś ochmistrzu, a już mnie zdołałeś rozdrażnić. Lepiej, żeby cię tu nie było.
-Jeśli taka jest twoja wola pani, to mogę wrócić do Piotrkowa i pomóc królowi w odprawianiu sądów.
-Jak to? To on odprawia sądy? Przecież nie potwierdził przywilejów! – rzekła oburzona. – Przecież po zakończeniu sejmu nie wolno odbywać sądów sejmowych. Tak przecież ustalono na sejmie w 1537 roku!
-Konstytucja, o której wspomniałaś pani mówi, że po zakończeniu sejmu nie można odbywać sądów, ale nie wspomniano w niej, co ma oznaczać zakończenie sejmu – zauważył Ocieski.
-Przecież po pożegnaniu króla przez marszałka poselskiego jest koniec sejmu i basta!
-Nie ma tam takiego zapisu, pani i dlatego też król rozpoczął sądy. – W tym momencie Bona aż poczerwieniała ze złości. Dla uspokojenia wzięła trochę śniegu w rękę i przyłożyła do rozpalonego czoła.
-Kto mu w tym pomaga?
-Kanclerz Maciejowski, którym przez kilkanaście lat gardziłaś panie i nie nadawałaś mu żadnych godności.
-Skoro tak, to na najbliższym sejmie mój gniew obróci się przeciwko niemu!
-Tylko nie wiadomo, kiedy ten sejm będzie?
-Będzie szybko. Zobaczysz ochmistrzu, że tak będzie.
-Obyś pani miała rację.
-Wracamy do zamku, bo mi już zimno. Napiszemy ochmistrzu list do mojego upartego syna z propozycją, o jakiej nie słyszał. Jeśli odstąpi tę podfruwajkę, to dam mu sto tysięcy złotych i wszystkie moje dobra na Litwie, a do tego prawo do moich księstw w Italii.
-Myślę pani, że to nic nie da.
-Przecież to fortuna, a on jest biedny, chociaż jest królem. Skarb koronny świeci pustkami, a posagu nie nabrał za wiele – zaszydziła na koniec i zastanawiając się nad tym wszystkim szła w milczeniu do zamku.
