
Nie wiem, kiedy zacząłem śnić cudzymi snami. Może wtedy, gdy wieczorne wiadomości przestały różnić się od koszmarów z dzieciństwa, a ludzkie twarze na ulicach stawały się coraz bardziej puste, jakby zredukowane do obowiązkowej obecności w przestrzeni. Przyszło to niepostrzeżenie. Najpierw były sny nie moje – opowieści szeptane przez cudze pamiętniki, wyrwane z dzienników ludzi, których nie znałem, a którzy śnili za mnie i przede mną. Potem trafiłem na Księgę ocalonych snów Krystyny Sakowicz – i zrozumiałem, że sny nie mają właściciela, że śnienie to najuczciwszy sposób istnienia we współczesnym świecie.
Nie jest to książka, którą się czyta. To raczej księga, która czyta ciebie. Albo raczej księga, która cię śni. Sakowicz z chirurgiczną precyzją rozcina tkanki rzeczywistości i wpycha pod powieki obrazy, które nie chcą się rozproszyć po przebudzeniu. Używa języka miękkiego jak mżawka, ale podszytego melancholią, jakby każde zdanie miało za chwilę zniknąć – i to bez ostrzeżenia. Wnika w dusze ludzi, którzy śnili nie po to, by uciekać, lecz by zrozumieć świat – Blixen, Niżyński, Dąbrowska, Lechoń – i robi to tak bezwstydnie, że jako czytelnik czuję się jak intruz w ich snach. Ale z tych wizyt nikt nie wychodzi obojętny.
Śnienie staje się u Sakowicz czymś więcej niż ucieczką. Jest formą sprzeciwu wobec teraźniejszości – tej, która nas przygniata, kolonizuje nasze myśli, przymusza do codziennej zgody na banał. Dzisiejszy świat wywiera na człowieku presję bycia „normalnym”, produktywnym, odpornym. A przecież to, co najcenniejsze, rodzi się w słabości, w melancholii, w obłoku niepewności. We śnie. Dziś, w czasach, gdy psychoterapia staje się substytutem rozmowy, a samotność nową epidemią – może warto, zamiast szukać „motywacji”, nauczyć się śnić.
Zresztą, współczesność, ta nasza globalna cywilizacja, choruje na racjonalność. Szkoły uczą logicznego myślenia, algorytmy mówią nam, co przeczytać, z kim się spotkać, a nawet – kiedy warto być smutnym. Czasem mam wrażenie, że żyjemy w świecie, który oduczył się metafory. A przecież bez niej nie ma ani poezji, ani współczucia. W Księdze ocalonych snów metafora jest wszędzie – we śnie o Afryce Blixen, który staje się mitem i porażką zarazem, w epileptycznym aniele Dąbrowskiej, który trzęsie się razem z losem świata, w chorobie Niżyńskiego, która okazuje się snem o absolutnej bliskości. Każdy z tych snów mówi więcej o człowieku niż niejeden wywiad socjologiczny.
Sakowicz przywraca śnieniu godność – jako czynności twórczej, jako filozofii istnienia. Nie interesuje jej sen jako zabawna anegdota czy freudowski objaw, ale jako przestrzeń, w której ukrywa się to, czego świat „nie chce, nie zna, nie pojmuje”. A przecież dziś coraz więcej rzeczy jest „nie do pojęcia”: wojna w cieniu ekranów smartfonów, katastrofa klimatyczna opowiadana językiem raportów, dzieci poddawane terapiom na samotność, której nawet nie potrafią nazwać. Może więc zamiast szukać odpowiedzi w excelu i statystyce, warto zadać pytania snom?
Nie ma łatwej klasyfikacji dla tej książki – to nie reportaż, nie opowieść, nie esej. To raczej przepowiednia. Przypomina mi się anegdota z końca książki: Le Carré mówi, że „nie było innego wyjścia, tylko bombardować Afganistan”. Na to Sakowicz odpowiada: „w takim razie można by zapytać kogoś o niezdrowych zmysłach, kto może widzi i wie”. W tych „niezdrowych zmysłach” jest więcej prawdy niż w politycznych deklaracjach. Bo tylko człowiek, który odważy się myśleć poza normą, może dziś zrozumieć świat. Może więc trzeba być nieco „nienormalnym”, by pozostać ludzkim?
Najbardziej poruszyła mnie jednak myśl, że sny są wspólne. Że nie należą do nikogo. Że każda samotność, nawet ta najgłębiej ukryta w notatniku Lechonia czy w płonącym sercu Niżyńskiego, może stać się naszą wspólną przestrzenią. Przestrzenią snu, w której, choć na chwilę, wszyscy jesteśmy razem – bez masek, bez pozy, bez lęku.
Dziś, kiedy słowa tak łatwo tracą znaczenie, a obrazy są konsumowane szybciej niż zdążymy je zapamiętać – Sakowicz proponuje coś radykalnego: zatrzymanie. Zamyślenie. Zanurzenie się w opowieści, której nie rozumiemy do końca, ale która coś w nas porusza. I może o to chodzi: by pozwolić sobie nie rozumieć, ale czuć.
Więc tak, śnię teraz razem z Blixen, Dąbrowską, Lechoniem. Ale najbardziej – śnię z Krystyną Sakowicz. I jeśli miałbym dziś wybrać, co jest prawdziwsze – codzienne „tu i teraz” czy jej księga snów – bez wahania wskazałbym na to drugie.
Bo tylko we śnie – tym wspólnym, zbiorowym, nierozpoznanym – świat może się jeszcze ocalić. Choćby na chwilę. Choćby tylko w słowie.
Krystyna Sakowicz – „Księga ocalonych snów”, Wydawnictwo FORMA, Szczecin 2008
