Niewielki plac zapełnił się w mig. Właśnie skończył się seans filmowy, wychodzili. Wszyscy śniadzi, z czarnymi czuprynami. Berberowie. Sami mężczyźni. Głośno rozmawiali, gestykulowali, na placu zapanował harmider. Zachodziło słońce. Poczuliśmy się nieswojo, pragnęliśmy jak najszybciej znaleźć się w hotelu. Bez mapy, bez nawigacji, drogowskazy, jeśli były to po arabsku, nie pozostawało nic innego, jak zapytać o drogę uchylając szybę samochodu. Otoczyli nas ciekawscy, byliśmy dla nich atrakcją, po uzyskaniu niepodległości nieczęsto pojawiali się tu turyści. Wszyscy naraz udzielali wskazówek z temperamentem południowców. Hotel był tuż za rogiem jednej z dochodzących do placu uliczek. Wyskoczyliśmy z samochodu, wbiegliśmy do budynku. Strach miał wielkie oczy.

Nie było tam jeszcze ani luksusowych dzielnic, ani nowoczesnych hoteli, podobno dziś są. Nasz hotel pamiętał czasy kolonialne. Secesyjna willa, kiedyś musiała być perełką. Wyposażenie oryginalne, w dużej części zdewastowane przez dwadzieścia lat wolności. Rano wyszłam na balkon otoczony koronkową balustradą. Widnokrąg zamykały w niewielkiej odległości wzniesienia Atlasu Saharyjskiego, żółto-pomarańczowe. Od tego tła odcinały się rosnące na bliższym planie palmy daktylowe. Zapewne od wieków nic się w tym krajobrazie nie zmieniło. W bezpośrednim otoczeniu hotelu zaniedbany i zdziczały ogród zdradzał ślady dawnej świetności.

Recepcjonista uprzejmy, elegancki, wręcz uprzedzająco grzeczny – profesjonalista. Garnitur jak od Diora, krawat, buty w najlepszym wydaniu i ta kłująca w oczy biel koszuli. Mógłby podejmować gości w paryskim Ritzu. Wieczorem recepcjonista zamienił się w maitre d’hotel, przejmując od czasu do czasu obowiązki sommeliera. Strój – hajdawery i znów koszula, której kroju nie pamiętam, ale niepowtarzalną biel tak. W sali restauracyjnej zajęte były tylko dwa stoliki – my i dwóch lokalnych dżentelmenów ubranych jednakże po europejsku – wyglądali na ludzi biznesu. Pamiętam, że przepili do nas. Potrawy i wina przepyszne, również na miarę Ritza. Kto gotował? Czyżby recepcjonista przeistaczał się również w kucharza? Zastanawiało, że spotykaliśmy ludzi, w których postkolonialna rzeczywistość nie zrobiła spustoszenia.

Algierska prowincja sprzed kilkudziesięciu laty, Biskra, na północnej granicy Sahary. Od setek lat zwana „Wrotami pustyni”.

Izabella