
W naszej rubryce wiersze Agnieszki Płonki.
Oto biogram autorki:
Agnieszka Płonka – z wykształcenia geofizyk, obecnie głównie filozofuje i podróżuje. Pracuje w dwóch fundacjach: amerykańskiej Liberty International oraz polskiej Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości, uczy też matematyki i fizyki. Mieszkała w pięciu różnych państwach w Europie. Poezja pozwala jej na przepracowanie traum i uporządkowanie wspomnień. Zadebiutowała tomikiem Bitwy anielskie (MaMiKo 2022), a uczucia po rzuceniu kariery akademickiej zawarła w tomiku Świat miał być z betonu (MaMiKo 2023).
W 2025 roku ukazała się jej debiutancka powieść Stary Przyjaciel – dystopijno-fantastyczny dramat psychologiczny, który porusza tematykę mobbingu, traumy międzypokoleniowej i pamięci zbiorowej. Mieszka w Tarnowie, gdzie opiekuje się siedmioma kotami.
A oto wiersze:
Bogumił i Joe
Choć może nigdy się nie dowiem
Ilu aniołów mieści szpilka
Pewnego razu
Na Dzikim Zachodzie
Było ich kilka
Krążyli dookoła sklepu
W którym sztucery i gitary
Mydło i noże
Wiecznie sprzedawał
Bogumił stary
Kręcił się wokół tak nerwowo
Że aż wiewiórczym ruszał pyszczkiem
I chcąc być dobry
Wznosił raz po raz
Akty strzeliste
Ja w szkole miałem same piątki
Modlitwa chroni mnie od grzechu
Żyję dokładnie
Jak chce miasteczko
Mam dyplom cechu
Tylko wariaci lgną na prerię
By tam postrzelać w strasznym świecie
Gdy ja porządnie
Układam książki
Żonę i dzieci
I kręcą głową aniołowie
Komuś się na ziewanie zbiera
Kiedy spod sklepu
Dochodzi głośne
Rżenie ogiera
To Joe z impetem drzwi wyrywa
Na stół ląduje złota gruda
A on już pijąc whisky krzyczy
Widziałem cuda
Gdy słońce płonie w Arizonie
I wiatr kryształy rude niesie
I chwali Boga żywy człowiek
Z każdym oddechem
Kiedy horyzont masz za żonę
W ogniu wypalisz swój los własny
I każdy sufit, każdy papier
Będzie za ciasny
Ze spustu nie opuścisz palca
I nie masz komu krzyczeć „ratuj”
Lecz kiedy przestrzeń twarz osmoli
Nie chcesz powrotu
I może ja się nie spowiadam
Lecz Jeff mi umarł na kolanach
I tak wróciłem dziś w galopie
Szukać kapłana
Bo zbyt poważne wiodę życie
Na prerii, na podkutych nogach
I czyja może być powaga
Jeśli nie Boga
Kolejną szklankę i opowieść
Pełną zdrad, złota i rozpusty
I żalu, gór i świtów ciągnie
Joe Złotousty
– Jak w strasznym świecie żyć bez strachu?
Jak się na prerii trzymać cnoty?
– I serce Bogumiła staje
Z obcej tęsknoty
Był tylko Bogu ducha winien
Nigdy nikomu nic nie wisiał
Do nieba puka więc z pieczątką
Oraz z podpisem
Bez wstydu otarł Joe łzy z twarzy
Bo Joe to nigdy nie umiera
Tylko odjeżdża w zachód słońca
Stara cholera
A aniołowie znad miasteczka
Kiedy ucichło dzwonów bicie
Fruną za jego kapeluszem
Fruną za życiem
Świat miał być z betonu
Świat miał być z betonu
Z szuflad, stopni, komisji
Dosłuż się doktora i pułkownika
Uśmiechaj się przy dyrektorze
Nie zawahaj się nadepnąć na odcisk
Miej twarde łokcie i miejsce w hierarchii
Świat miał być z betonu
Ceremonie i pieczątki miały bronić zaszczytów
Poza instytutami mieli być ci drudzy
Wygodne wielkie płyty, numery, godziny zaznaczone u portiera
Żadnych bałaganów
Świat miał być z betonu
Więc czemu pod stopami
Spomiędzy szczelin
Wyrastają mlecze i osty
Koniczyna i babka lancetowata
Kto dał pozwolenie na kwiaty
Mlecz wykręcił się spod asfaltu
Napisał pracę naukową po prostu dlatego
Że lubił patrzeć na chmury
Pieczątkę potem schował i przytulił kasjerkę
Ktoś został dmuchawcem
Za oszczędności w skarpecie pojechał w podróż
To dla niego zaszło słońce w oceanie
Dla niego grało fado i skakały delfiny
Mlecze przygotowują ziemię
Na miriady delikatniejszych kwiatów
Kiedyś wyrosną konwalie i storczyki
Dzieci chodzą po drzewach
Wypracowania piszą raczej ironicznie
Wynajdują dzikie ścieżki w górach
Świat miał być z betonu
– Kto tak właściwie powiedział?
Jakiś pierwszy sekretarz czy dwunasty apostoł
Ordery miały się błyszczeć jak srebrniki
Śmieje się z niego pełna małpek dżungla
Z tęczowymi motylami i żabami jak ze słońca
Nie on tu rządzi
Wygra taki materiał całkiem na przekór
Co wstaje z grobu
I gra na nosie
Katalog płynów
Ta jasne, dwie krople czystej wody
Raczej krew i ropa
Kompot i cyjanek
(Czasem coca-cola, jeśli ma się szczęście)
Spojrzenie w oczy nie zmieni naszego gatunku
Ci z bąbelków oranżady
I ci czołgający się w zaschniętej krwi
Nie wpadają na siebie na ulicy
– chyba, ze pod wieżą Babel
(Tych najstraszniejszych
Czyngis-chan trafił w potylicę
Teraz udają człowieka)
Polecamy wiersze Agnieszki Płonki. Czekamy na Wasze. Najciekawsze opublikujemy. Dobrego, Twórczego Roku!
