
Nie wiem, kiedy ostatnio jakaś książka jednocześnie tak mnie rozbawiła, przeraziła i zasmuciła. Kroniki Eksplozji Yana Lianke to nie jest powieść, którą czyta się dla przyjemności – choć jest w niej ironiczny błysk, czarny humor i groteska, które chwilami pozwalają czytelnikowi zaczerpnąć oddechu. Ale po każdym takim oddechu przychodzi dym, kurz, brud. Ta książka trzyma się człowieka, jak kurz w chińskim molochu zbudowanym z chciwości, przemocy i pozornie racjonalnych marzeń.
Czytałem ją jak zapis gorączkowego snu cywilizacji – nie tylko chińskiej. Wprawdzie Yan Lianke umieszcza akcję w Eksplozji – niepozornej wiosce przekształconej w megamiasto dzięki korupcji, złodziejstwu i seksbiznesowi – ale nie sposób nie widzieć w tej opowieści czegoś więcej niż lokalnego przypadku. Bo to nie jest tylko portret współczesnych Chin – to także krzywe zwierciadło globalizacji, kapitalizmu bez hamulców, transformacji bez etyki. I w tym właśnie – choć brzmi to paradoksalnie – Kroniki Eksplozji są boleśnie aktualne także dla nas, ludzi Zachodu, ludzi XXI wieku.
Mitorealizm – termin ukuty przez samego autora – brzmi egzotycznie, ale jego treść jest przerażająco znajoma. To nie jest magia w stylu Marqueza, nie jest też czysty absurd jak u Kafki. To coś innego – coś głęboko zakorzenionego w strukturze rzeczywistości, która wymknęła się z ram przyczynowości. Kiedy czytam, że „skutek pozostał, ale przyczyna się zatarła”, myślę nie tylko o chińskich kampaniach przemysłowych, które pochłonęły miliony istnień. Myślę też o naszych inflacjach, o kryzysie sensu, o TikToku, który zmienia mózgi dzieci, ale nikt nie pamięta, po co go w ogóle stworzono. Myślę o politykach, którzy podejmują decyzje, ale nie ponoszą ich skutków.
Lianke tworzy świat, w którym wszystko jest prawdziwe, a zarazem groteskowe do bólu. Sceny erotyczne – naturalistyczne i obnażające – są jakby wyrwane z kroniki upadku ciała i ducha, rozłożonego na ołtarzu władzy. Ludzie stają się funkcjami ambicji, żądzy, układów – jakbyśmy czytali powieść, w której dusza ludzka została skonsumowana przez system. A jednocześnie – i to mnie zdumiało – jest w tej powieści jakieś ciepło. Pojawia się nieoczekiwanie, jak pies, który z pragnienia idzie za człowiekiem i czeka na niego u wrót śmierci. Pies, który liże policzek zmarłego. I nagle – wobec tej jednej sceny – całe bogactwo i cały rozkład Eksplozji wydają się niczym.
Zastanawiam się, dlaczego właśnie ten fragment poruszył mnie najbardziej. Może dlatego, że świat Kronik Eksplozji przypomina naszą cywilizację – zbudowaną na technologii, na pozorach sukcesu, na przeroście formy nad treścią. I w tym świecie – coraz bardziej samotnym, cyfrowym, pędzącym – gest wobec zwierzęcia, istoty bezinteresownej, niewinnej, staje się ostatecznym przypomnieniem o człowieczeństwie. O tym, że gdzieś jeszcze drzemie źródło dobra, nieopartego na przeliczalnych wartościach.
Yan Lianke nie zostawia nas z nadzieją. Ale daje coś więcej niż nadzieję – świadomość. A może nawet – współodczuwanie. To dlatego jego książka nie jest publicystyką, nie jest też tylko literackim eksperymentem. To coś w rodzaju duchowej autopsji – takiej, którą człowiek może wykonać na samym sobie, patrząc, jak rośnie wokół niego Eksplozja, jak rozsadza mu serce pogoń za pieniędzmi, sukcesem, wpływem.
Czy mitorealizm jest tylko chiński? Być może. Ale to, co opisuje, staje się powoli udziałem całego świata. Świata, w którym moralność nie przynosi zysku, dobroć jest karana, a prawda przestała być wartością. I może właśnie dlatego warto tę książkę przeczytać – nie dla fabuły, nie dla języka, ale dla tego, co ukryte. Ale przede wszystkim dla jądra rzeczywistości. Dla tej niewidzialnej przyczyny, która drąży wszystko pod spodem.
Kiedy zamknąłem ostatnią stronę Kronik Eksplozji, poczułem niepokój. Ale też pewną dziwną ulgę. Bo lektura tej książki, jak spojrzenie w wypolerowane, surrealistyczne lustro, pozwoliła mi lepiej zrozumieć nie tylko Chiny, ale i ten dziwny, rozpadający się świat, w którym wszyscy próbujemy jakoś przetrwać.
I być może – od czasu do czasu – napoić jakiegoś psa.
Yan Lianke – „Kroniki eksplozji”, przekł. Joanna Krenz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 543
