
Kiedy zamknąłem książkę Alaina Finkielkrauta, coś we mnie zadrżało. Może to była nostalgia za światem, którego już nie ma. A może jedynie echo dawnego głodu – głodu myśli, który dziś, w epoce nasycenia wszystkim oprócz sensu, brzmi niemal jak dziwactwo. W „Porażce myślenia” przeczytałem nie tyle esej, co lament. Traktat żałobny po kulturze refleksji, która przegrała walkę z kulturą scrollowania, lajka i mięśni brzucha.
Nie muszę patrzeć daleko. Wystarczy, że otworzę okno mojej codzienności. Oto świat, w którym bohaterem staje się influencer potrafiący wypić szklankę wody w trzech krokach i wykrzyczeć: „kochani, nowy odcinek już jest!”. Oto świat, w którym dzieci uczą się emocji od algorytmów, a dorośli – myślenia od trenerów personalnych. Żyjemy w przestrzeni nieustannej prezentacji. Wszystko musi być pokazane, przetrawione przez wzrok i spisane w haśle. Finkielkraut ma rację: świat mowy zastępuje świat wibracji. A ja, jak ten ostatni głupek z lat 90., próbuję jeszcze mówić.
Zanim jednak oskarżymy wyłącznie „młodzież” (to zawsze jest najłatwiejsze), warto uczciwie przyznać, że to nie oni wymyślili to szaleństwo. To my, dorośli, zbudowaliśmy świat, w którym reklama szczoteczki do zębów trwa dłużej niż rozmowa o sztuce. To my zgodziliśmy się, by kultura wysoka została zdegradowana do „elitarnych kaprysów”. Shakespeare? Cóż, może lepiej serial o gotowaniu z udziałem celebrytów. Przynajmniej wiadomo, co się dzieje.
Czytam Finkielkrauta i pytam siebie: kto dziś chce żyć z myślą? Kto jeszcze ma na to czas? Żyjemy w nieustannym przymusie działania, reagowania, ruchu. Medytacja została zaadaptowana jako metoda „zwiększenia efektywności pracy”, a cisza – jako problem wymagający terapii dźwiękiem. Myślenie stało się luksusem. A luksusy dziś są niemodne.
Ale jest coś jeszcze bardziej niepokojącego niż tryumf banału – i o tym także pisze Finkielkraut. O tym, jak kultura, pozbawiona myśli, zaczyna służyć partykularnej tożsamości. Jak idee Goethego o ponadnarodowej wspólnocie ducha stają się nie tylko staromodne, ale wręcz podejrzane. W imię „autentyczności” ludzie wracają do kapsułek narodowych, do wściekłej dumy plemiennej. A kto zadaje pytania, ten zdradza. Kto wątpi, ten jest podejrzany. Rozum staje się podejrzany, a ironia – przestępstwem.
Znam to z codziennych rozmów. Próbujesz podważyć jakąś zbiorową emocję, choćby i najgłupszą, i od razu jesteś „zimny”, „nadęty”, „inteligencik z pretensją”. Emocje stały się argumentem. A myślenie? Myślenie zostało zredukowane do przeszkody w „odczuwaniu swojej prawdy”. Bo prawda, oczywiście, jest dziś osobista i nienaruszalna. Jak portfel.
Czy zatem jest jeszcze miejsce dla „życia z myślą”? Może właśnie dlatego trzeba pisać. Nie żeby kogoś przekonać. Raczej żeby nie zamilknąć. Żeby nie zapomnieć, że kiedyś istniał świat, w którym rozmawiało się z Szekspirem, a nie z trenerem motywacyjnym na TikToku.
„Barbarzyństwo zawładnęło w końcu kulturą” – pisze Finkielkraut. Ale czy nie ma w tym zdaniu także iskierki nadziei? Bo jeśli naprawdę jesteśmy już po drugiej stronie – w tym świecie zdechlaków i fanatyków – to może właśnie teraz jest czas, by powrócić do początku. Do rozmowy. Do książki. Do gestu nieefektywnego – jak robótki na drutach czy maczanie chleba w kawie. Ale robionego z myślą.
Zbyt długo siedzimy w cieniu wielkiego słowa. Może czas zapalić światło?
Alain Finkielkraut – „Porażka myślenia”, przekład Maryna Ochab, Biblioteka Myśli Współczesnej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 134.
