
Muzyka, której właśnie słuchałem, powstała w 1727 roku. Choć niewykluczone, że w sercu artysty jeszcze wcześniej.
Marcelle Meyer nagrała ją 1946 roku. Choć to pewne, że wiele razy wcześniej po tę muzykę sięgała.
Zdjęcie, które podrzucam, zrobiłem w tym roku. Pokazuje część dawnej cerkwi. Została zbudowana prawdopodobnie w 1888 roku, czyli zdecydowanie później niż powstała piękna Partita Bacha. Muzyka przetrwała, cerkiew nie.
Jest na tym zdjęciu jednak coś jeszcze starszego, przedwiecznego wręcz. Coś, co trwa poza czasem, co opiera się jego upływowi, ignoruje go, zawstydza. Mówią, że rok miał kiedyś 13 miesięcy. A jeszcze wcześniej nie było miesięcy w ogóle, nie było nawet lat. Nie było też czasu. Było jedynie życie. Las, który pomału zarasta starą cerkiew, jest świadkiem istnienia bytu, który wymyka się wszelkim próbom ujarzmienia go w ramy czasu. Człowiek ogłupiony swą dumą i pychą próbuje zmierzyć czas, nadać historii bieg, a istnienie wpasować w liniowość, bo tylko tak wydaje się nam obecnie to możliwe. Wbrew odkryciom fizyki kwantowej.
Natura jednak, bo o niej mowa, nie zna ani czasu, ani liniowości. Nie baczy na nasze starania, nie zauważa nas nawet. Trwa. Jest. Była, będzie. Chciałbym napisać „zawsze”, ale jak ostrzega pani Wisława, „zawsze to niebezpieczne słowo”.
Wchodząc do lasu, często czuję jakbym przekraczał granicę „dzisiaj” i wchodził w „poza dzisiaj”. Natura ma w sobie niezwykłą moc. Zrozumieć ją niepodobna. Staramy się ją poznać, zgłębić, zrozumieć. Mijają kolejne dziesięciolecia, mamy do dyspozycji coraz bardziej zaawansowany sprzęt badawczy, laboratoria, ale wciąż nie jesteśmy w stanie zbliżyć się do jej prawdziwiej tajemnicy – trwania i życia.
Zamiast próby zrozumienia wybieram postawę pełną pokory i szacunku. Nie wierzę, że byłbym w stanie pojąć jej cud. Wiem też, że nie jest mi to potrzebne. Zadowalam się zachwytem i podziwem. I staram się, jak tylko potrafię, pozostać niezauważony. Mój czas na Ziemi nie jest nawet mgnieniem w zderzeniu z wiecznością natury. Po cóż miałbym więc chcieć ją odmienić, czy co gorsza, próbować zostawić po sobie ślad jakiś?
Nie, nie jestem kimś, kto poświęca dużo czasu na obcowanie z naturą. Znam takich, którzy każdą wolną chwilę próbują spędzić jak nie w górach, to przynajmniej w lesie. Nie należę do nich. Zadowalam się raczej nielicznymi spacerami. Nie oglądam też z wypiekami na twarzy przyrodniczych programów. Nie interesują mnie prawie wcale. Nie przeszkadza mi to jednak czuć wobec cudu natury, stworzenia, życia, i ich wspólnej osi, szacunku i podziwu.
A muzyka? Muzyka tylko mnie w tym utwierdza. Bo jakkolwiek młoda w porównaniu z życiem na ziemi, opiera się upływowi czasu. Po prostu trwa. Trwa i zachwyca. A kiedy się w nią zanurzam, doznaję uczucia podobnego do tego, kiedy wchodzę w głąb lasu. Doświadczam obecności tego nieuchwytnego, niemierzalnego cudu, który trwa poza czasem, poza przestrzenią
