Wiosenny dzień 1936 roku był tak piękny, że starościna Stanisława Banaszkiewiczowa pomyślała, iż grzechem byłoby nie wykorzystać go na spacer po radzyńskim parku miejskim. Z Koziegorynku Starego, gdzie mieszkała, przeszła na Rynek II do swej koleżanki, pani Anieli Sapiejewskiej, i już razem skierowały się w stronę parku.

Słońce bez trudu przebijało przez nabrzmiałe pąki liści na drzewach, igrało na parkowych alejkach, trawnikach i twarzach ludzi łaskocząc oczy. Ptaki nadawały prawie tak głośno jak gromada dzieci, które pod opieką nauczyciela pobliskiej szkoły powszechnej również skorzystały z korzystnej aury, by odbyć wycieczkę do parku.

Kobiety przechodziły właśnie w ich pobliżu, gdy usłyszały najpierw surowy głos nauczyciela (zauważyły, że był nim znany im, mieszkający na Koszarach, Władysław Żelazko; na zdjęciu), a potem – jak to sformułowała pani Banaszkiewiczowa – głośny „klask”, który żona starosty powiatowego wzięła za policzek wymierzony uczniowi przez nauczyciela, co potwierdziła pani Sapiejewska twierdząc, że nawet widziała całe zajście.

Stanisława Banaszkiewiczowa, jako kobieta postępowa i bywała, uznała takie postępowanie za „wysoce nietaktowne”, o czym niedługo po zajściu nie omieszkała poinformować swych koleżanek, pani Janiny Kaszyckiej, której mąż – również nauczyciel, pracował w szkole, oraz nauczycielki pani Emilii Ogibińskiej. Poprosiła je stanowczo o przekazanie panu Żelazko ostrzeżenia, żeby „więcej tego nie robił, ponieważ może mieć z tego powodu nieprzyjemności”. Nie omieszkała również opowiedzieć o przygodzie swemu mężowi, który przy okazji spotkania towarzyskiego poinformował o tym inspektora szkolnego. Sprawa z prywatnej stała się urzędową. Inspektor wezwał nauczyciela na dywanik. Zapowiedziane przez starościnę nieprzyjemności dopadły pana Żelazko szybciej, niźli zdołał zastosować się do jej ostrzeżenia. Równocześnie informacje o zajściu rozeszły się po miasteczku.

Wściekły Żelazko, wniósł sprawę do Sądu Grodzkiego w Radzyniu Podlaskim, który wezwał uczniów na świadków, ale żadne z dzieci uczestniczących w wycieczce do parku nie potwierdziło zeznań kobiet. Okazało się, że pan Żelazko po prostu klaskaniem w dłonie zwoływał je na zbiórkę. Pani Aniela Sapiejewska przyznała, że nie widziała zajścia, a ruch ręki nauczyciela i głośny „klask” wzięła błędnie za uderzenie ucznia w twarz.

Czyż nie wstyd rzucać na kogoś bezpodstawnie oszczerstwo, potwierdzać je kategorycznie w sądzie na początku rozprawy a pod koniec cofać i przepraszać skrzywdzonego wobec majestatu sądu i licznie zebranej publiczności w sali sądowej? A fe! bardzo brzydko! Lepiej byłoby, gdyby Panie zabrały się do uczciwszej pracy zamiast plotkować w szkodliwy sposób

– grzmiała gazeta ZNP „Głos Powiatu Radzyńskiego”.

***

Władysław Żelazko pozostał w pomięci lokalnej społeczności dzięki rzeczywistym zasługom a nie wyimaginowanym przewinom, które przywidziały się przewrażliwionym radzyńskim paniusiom. Podczas okupacji niemieckiej czynnie brał udział w tajnym nauczaniu, został zamordowany przez Niemców w Lublinie w 1944 roku. Jego nazwisko znajduje się na tablicy upamiętniającej nauczycieli powiatu radzyńskiego, którzy oddali swe życie za Polskę, umieszczonej na Domu Nauczyciela w Radzyniu Podlaskim, oraz na ścianie pamięci w Szkole Podstawowej nr 1 im. Bohaterów Powstania Styczniowego w Radzyniu Podlaskim.